Bella M. na tropie Yeti

  • Posted in Nepal |
  • Wrzesień 18, 2017
No to opowiem Wam skąd ten cały Nepal w mojej głowie.
Na przełomie marca i kwietnia 2010 roku Bella wybrała się na swą wymarzoną podróż do Chin, której realizacja od kilku lat zaprzątała jej specjalne miejsce w głowie, pod etykietę MARZENIA. Decyzja o wyjeździe narodziła się w Wigilię poprzedniego roku. W 3 miesiące udało nam się uwinąć z całą organizacją wyjazdu, właściwie to Belli się udało, współtowarzysze tylko podpisywali wszystkie potrzebne papierki.
Pojechałam tam z mężem i kolegą, celem podróży była Taoistyczna Wudańska Akademia Kung Fu, ooo taaak to jedna ze zwariowanych rzeczy, które Bella zasmakowała w swym życiu. Ciężkie 3 godzinne treningi dwa razy dziennie, dały mi tak popalić, że kolejny raz postukałam się w głowę i powiedziałam, „jaka ja głupia, zamiast za tą kasę pojechać sobie chociaż na tydzień na Bali, wypocząć na leżaczku trzymając w dłoni drineczek z parasolką i oddawać się rozkoszy relaksu, to ja wybrałam doznania, po których ledwo chodzę, marznę lub się przegrzewam”. Więcej jednak o podróży do Chin, to może innym razem. Z tego całego doświadczenia zdobytego podczas tej wyprawy, wynikło jedno wielkie postanowienie: w przyszłym roku robię coś dla siebie. Znaczyło to moi kochani wyprawę fotograficzną na daleki wschód. Bellę zawsze ciągnęły w swoją stronę orientalne klimaty i tak o to w ten sposób narodził się Nepal. Miała być to moja wyprawa życia i tak też było, była to kolejna lekcja od życia, nie zawsze fajna.
Propozycję wyjazdu rzuciłam na warsztatach fotograficznych i zgłosiło się 3 dzielnych ochotników Sławek, Michał i Dżoana. Jako uzupełnienie miał pojechać jeszcze mój mąż, ale warunkiem było zrobienie remontu (niestety Bella nie potrafi być zasadnicza i mąż pojechał mimo, że remont nie był skończony, jednak wole to przypisać miłości). Dżoana niestety nie pojechała z nami, wszyscy mówiliśmy, że mąż ją załatwił i mają teraz ślicznego synka Michasia. Na jej miejsce wskoczyła Małgorzata, której niestety los też pokrzyżował plany nad czym ubolewam po dziś dzień. No i w ten oto sposób powstała silna ekipa 3+1, Bella i jej trzech dzielnych muszkieterów.Przyszła pora przygotowań, każdy z nas miał jakąś tam własną wizję co chce zobaczyć i z jakich atrakcji chciałby skorzystać, ale zgodność była jedna, wszystko robimy sami, bez przewodników i bez tragarzy, wszystko o własnych siłach (przyznam, że były takie momenty, że klęłam na to postanowienie). Był też jeszcze jeden plan, mieliśmy szukać Yetiego.
Razem z mężem chciałam odwiedzić miejsce narodzin Buddy, Sławek chciał zasmakować raftingu na Kali Gandaki (spływu pontonami po rzece, której stopień trudności miejscami to III i IV w sześciostopniowej skali) pomysł ten wywołał wielki uśmiech na mojej i męża twarzy. Michał natomiast, jak to na górołaza przystało chciał treking. Cała nasza czwórka starała się osiągnąć jakiś kompromis, w nie wielkiej ilości czasu jaki posiadaliśmy tam do wykorzystania chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej się da. Niestety podróże po nepalskich drogach nie są proste o ile w ogóle takowe drogi istnieją np. 250km można jechać 8 godzin, a można też to pokonać aż w 20 godzin. Z tego powodu musieliśmy zrezygnować z oddalonego od Katmandu miejsca narodzin Buddy, szkoda było nam być 16 godzin w podróży.
Bella uwielbia sporty ekstremalne i rafting jak najbardziej istniał na jej liście pragnień. Może nie udało nam się spłynąć Kali Gandaki, bo znów mało czasu i nikt nie chciał nam zrobić raftingu jednodniowego tą rzeką (dziwnie na nas spoglądali, kompletnie nie wiem czemu, hi hi no my przecież z Polski u nas się da prawie wszystko). W końcu spłynęliśmy pontonem rzeką Trisuli, która w porywach ponoć miała 3+ w skali trudności, ale o tych doznaniach opiszę w którymś z kolejnych postów.
Michał jako nasz główny układacz planu zaproponował nam najpiękniejszy treking na świecie – Annapurna Circle. W planie było zmierzenie się z wysokością około 5418m n.p.m przechodząc przez Thorung la Pass. Eee tam pomyślała sobie Bella, co to takiego, przecież nie jest tak źle z moją kondycją. Nadmienię, że Bella nie przepada za górami, woli zdecydowanie morze i najwyższy szczyt, który zdobyła to Śnieżka, raz jak miała chyba 11 lat, drugi raz w liceum. Teraz sama się z siebie śmieję… Bella, TA która nie przepada za łażeniem po górach, wybrała się na 12 dniowy treking po najwyższych górach świata. pieszo do przejścia około 120km. Kompletnie przed wyjazdem nie zdawałam sobie sprawy z tego na co się porywam.
Zatem zapraszam serdecznie do czytania. W kolejnym poście będzie pierwszy dzień wyprawy do Nepalu początek wielkiej wyprawy Bolka i Lolka.

LEAVE A REPLY

Your Name
Your Email (will not be published)
Your Message